Post Top Ad

Felietony

Don Kichot i historia związku z przywiązania

"Ponad nami tylko góry" i 15 innych drużyn w tabeli PKO Ekstraklasy. Można pisać o ostatnich poczynaniach Podbeskidzia, że to wstyd, że kompromitacja. To jest oczywiste, jednak ten problem nie nadszedł nagle. Bomba bezsilności tykała, aż w końcu wybuchła. 


Górale tracą 2,61 bramki na mecz. To wynik absolutnie najgorszy w XXI wieku w rozgrywkach ekstraklasy. Aż z trudnością przechodzi przez klawiaturę przydomek "Górale". Jak powiedział w ostatnich dniach Marek Sokołowski: Ten zespół nie jest... zespołem. I to widać, z każdym kolejnym spotkaniem coraz bardziej. Bielszczanie sobie robią sami sobie krzywdę wychodząc na boisko. W całej tej agonii trochę szkoda ofensywy Podbeskidzia, która – umówmy się – zła nie jest.

Mocnych słów w tym temacie użył w przerwie meczu z Piastem Kamil Biliński. – Przeciwnik nie musi nic robić, żeby strzelić nam gola. Kolejny raz. Czas odpowiedzieć na pytanie: gdzie jesteśmy, dokąd zmierzamy? Można mówić o walce do końca, będziemy walczyć, ale nie wygląda to dobrze – przyznał napastnik. I tu wychodzi stara prawda szatni. Każdy, kto poczuł choć trochę jej klimat, nawet na amatorskim poziomie, wie jak frustrujące jest, gdy "z przodu" zawodnicy pracują na zdobycie bramki, stwarzają kolejne sytuacje, ale znajdzie się jakiś głąb w obronie, przez którego cały wysiłek idzie się jeb**. 

I tak wygląda wzór na większość meczów Podbeskidzia w tym sezonie. Jeśli ktoś wierzy, że w szatni bielszczan nie trzeszczy z tego powodu, jeśli ktoś wierzy w wypowiedzi "tworzymy kolektyw, tworzymy rodzinę", no to gratuluję – 5G zabija, ziemia jest płaska, a ludzie są dobrzy. Wystarczy wysłuchać wypowiedzi Krzysztofa Brede po spotkaniu z Piastem. – Nie rozważam podania się  do dymisji. Jestem w stanie podnieść zespół. Do straty pierwszego gola graliśmy dobre zawody, stwarzaliśmy sytuacje. Obwinianie tylko jednej osoby byłoby zbyt proste – powiedział trener Podbeskidzia, który oprócz tej genialnej myśli mówił: "nie chcę czegoś powiedzieć w nerwach", "są rzeczy, w które nie chciałbym się zagłębiać". Wymowne.

Skupmy się jednak na postaci szkoleniowca bielszczan. To teraz on zbiera największe "lanie" i trochę trudno mi się z tym zgodzić, wszak Brede ma do dyspozycji na środek takiego zawodnika, jak Aleksander Komor, który poziomem bardziej pasuje do Wilamowiczanki Wilamowice niż Podbeskidzia. Przecież Komor nie był nawet podstawowym piłkarzem Podbeskidzia w I lidze... Boki obrony Górali przypominają drogi ekspresowe, na które każdy może sobie wjechać bez żadnych konsekwencji i dotrzeć do celu. Brede zaufał Gachowi w tym sezonie. Dałby sobie za niego rękę uciąć. I wiecie co? No właśnie. 

– Nie rozważam podania się  do dymisji. Jestem w stanie podnieść zespół – wybaczcie, kusiło to zacytować jeszcze raz. Trener Brede stał się takim Don Kichotem. Jest marzycielem i idealistą. Pragnie pomóc drużynie, ale zamiast to czynić, bezustannie wpada w kłopoty. Wierzy, że dobro zawsze zostaje nagrodzone, a zło ukarane. Brede, tak jak Don Kichot, staje się symbolem osób za wszelką cenę broniących swoich racji i stojących przy nich nawet kosztem niezrozumienia i odrzucenia przez otoczenie...

Tyle z porównań, wróćmy na ziemię. Krytykowanie poszczególnych piłkarzy nie ma jednak teraz większego sensu. Mleko się wylało, 0:5 z Piastem się przegrało.  Tylko nasuwa się kolejne pytanie – kto budował ten zespół? Kto postawił na tych zawodników, nie na kilkanaście minut przed starciem z gliwiczanami czy z Lechem tylko latem. Kto przekonywał nas, że ten zespół (?), który zrobił awans do ekstraklasy może rywalizować w niej? Oczywiście z niewielkimi wzmocnieniami. 
 
Pan Brede razem z prezesem klubu Bogdanem Kłysem... Obaj złapali dobry kontakt, przekonując nas, zwykłych szaraków do swoich racji. Kłys obdarzył szkoleniowca ogromnym zaufaniem. Zaczęły się wspólne obiady, kolacje. Może tego brakuje polskiej piłce, a może wręcz przeciwnie – nie tędy droga? Nie wiem, nie znam się, zarobiony jestem. W każdym razie z czasem zaczęło to przypominać stary związek nie z miłości, ale z przywiązania. Cokolwiek by nie zrobiła druga strona, to będzie to akceptowalne, bo przecież już tyle razem. I zrobiło się toksycznie i dramatycznie, co odzwierciedla tabela i wyniki. Jak śpiewała Sylwia Grzeszczak: Kiedy znajdziemy się na zakręcie, co z nami będzie? Czekamy na rozwój wydarzeń, ale rozwód jest już chyba nieunikniony... 

fot. Jakub Ziemianim/tspodbeskidzie.pl


Related Posts

Brak komentarzy:

Post Bottom Ad