Byłam tylko ja i góry – wywiad z Inez Baturo

01:44

Inez Baturo, artystka, fotograficzka, o tym, kim jest fotograf w dzisiejszym świecie i dlaczego robienie zdjęć jest mistycznym przeżyciem. 

Inez Baturo – polska fotografka, wydawca, tłumaczka, redaktor. Od roku 1991 prowadzi Wydawnictwo Baturo (specjalizujące się w książkach albumowych) i Galerię Fotografii B&B w Bielsku-Białej. W roku 1999 została członkiem Związku Polskich Artystów Fotografików (numer legitymacji 770), a w 2004 wiceprezesem Okręgu Górskiego ZPAF. Jest kuratorem międzynarodowego konkursu i wystawy Bez granic i wiceprezesem Fundacji Centrum Fotografii oraz dyrektorem programowym FotoArtFestival.

W swojej twórczości koncentruje się głównie na pejzażach, choć ma na swoim koncie również fotografię teatralną, portretową, dziecięcą i mody. Swoje prace publikowała m.in. w "Playboyu", "Voyage", "Podróżach", "National Geographic" oraz w albumach zbiorowych: Góry Polskie, Bielsko-Biała, Mistrzowie polskiego pejzażu. Inez Baturo jest autorką dwóch albumów fotograficznych pt. Beskidy oraz Cieszyn oraz przetłumaczyła z języka angielskiego Historię fotografii światowej autorstwa Naomi Rosenblum.

redakcjaBB: Kiedy zrobiła Pani pierwsze zdjęcie i co ono przedstawiało?

Inez Baturo: Zacznę od tego, że ja się fotografią w ogóle nie interesowałam. Swoje pierwsze zdjęcie zrobiłam jako osoba nie fotografująca. Studiowałam anglistykę – zawsze chciałabym być tłumaczem. Razem z moim przyszłym mężem, który był już wtedy fotografem, jeździłam na różne plenery fotograficzne. Pewnego razu pojechaliśmy w Tatry, na plener fotografii górskiej. Byliśmy tam o zmroku, bo zawsze się tak fotografowało: albo bardzo wcześnie rano, koło trzeciej, albo w nocy, żeby załapywać się na wschody, zachody słońca – dzięki temu jest inne światło. Ja zawsze byłam jedyną osobą, która nie miała aparatu fotograficznego. Nagle zaczęła nadciągać burza i było bardzo groźnie. Zbierały się ogromne, ciemne chmury. Jak wiadomo, burza w górach jest bardzo niebezpieczna, więc część fotografów się zwinęła i uciekła. zaczęła fotografować to, co się tam działo. a Ja wtedy mało chodziłam po górach i to było dla mnie niezwykłe przeżycie. No i tak się kręciłam, trochę w lewo, trochę w prawo; nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. W którymś momencie odwróciłam się i zobaczyłam, że po drugiej stronie jest coś zupełnie innego, taki absolutny spokój. Było widać Krywań, niebieskawy od zmroku, a nad nim ciemnogranatowe niebo. I mały, biały księżyc, taki rożek. To mi się strasznie spodobało – kontrast między tym obrazem a burzą. Zobaczyłam, że nikt tego nie fotografuje. Wszyscy byli odwróceni w drugą stronę, tę „burzową”. To był ten moment, kiedy poczułam, że chcę zrobić zdjęcie, że ja muszę zrobić zdjęcie, i to natychmiast... że to jest moja chwila. Podeszłam do kolegi i zapytałam, czy pożyczy mi aparat. On wzruszył tylko ramionami i mi go dał; mój mąż jeszcze rzucił tekstem: „I tak nic ci z tego nie wyjdzie”. Stanęłam i nacisnęłam spust migawki trzy razy. I wtedy zeszło ze mnie napięcie. To jest to! Uwieczniłam chwilę. Po jakimś czasie mój kolega wywołał film, wyciął te moje trzy klatki i przysłał mi pocztą. Mój mąż, który wtedy miał ciemnię w domu zrobił mi odbitkę – razem wybraliśmy najlepsze zdjęcie – i mówi: „W sumie to jest fajne zdjęcie. Teraz jest taki konkurs fotografii górskiej w Nowym Targu, wyślij je tam”. Wysłałam... i wygrałam.

Od tego momentu – nie od momentu, kiedy wygrałam, ale od momentu, kiedy zrobiłam to pierwsze zdjęcie – wiedziałam, że na pewno chcę fotografować. Później mój mąż dał mi swój aparat, a sobie kupił nowy. To był Pentax Program A. Używałam go przez kilkanaście lat. Zresztą mam go do dzisiaj. I tak to się zaczęło.

A wcześniej, w dzieciństwie żadnego zdjęcia nie było?

Nie, nic. To znaczy robiłam jakieś zdjęcia, ale w ogóle mnie to nie interesowało.

To był ten moment, kiedy plany związane z filologią…

Tak, to wszystko jakby zamarło. Co prawda nie rzuciłam filologii, ale pracę magisterską pisałam już z fotografii. Podciągnęłam semiotykę, temat typowo językoznawczy, pod fotografię i właściwie to była praca dyplomowa o fotografii.

Ale przetłumaczyła Pani Historię fotografii światowej.

Tak, jakoś później lingwistyka mi się przydała. Czyli jednak zaliczyłam tłumaczenie (śmiech). Zrobiłam ważną książkę, pierwszą na ten temat, jaka ukazała się w Polsce. Ale nie poszłam w to dalej. Mogłam zostać przy tłumaczeniu, mogłam przekładać inne książki o fotografii i się w tym realizować. Wolałam jednak po prostu fotografować.

Dlaczego fotografuje Pani głównie pejzaże?

Z tchórzostwa (śmiech).

Czyli nie było tak, że burza, o której Pani opowiadała, to pierwsze zdjęcie nadało kierunek Pani twórczości?

Myślę, że to mogło zadecydować! Niektóre silne przeżycia w jakiś sposób nas później kształtują; jeśli było to pozytywne przeżycie, to otoczenie, które mu towarzyszyło, dobrze nam się kojarzy. Na tej zasadzie ja się absolutnie zafascynowałam górami. Wcześniej nie chodziłam po górach, dla mnie to był świat zupełnie nowy. Przy czym te nasze wędrówki nie wyglądały tak, że się wychodziło o dziewiątej, a wracało o szesnastej. Myśmy wstawali o trzeciej i o dziewiątej byli już z powrotem. Albo wychodziliśmy o szesnastej i wracaliśmy około północy, tak żeby minąć się z turystami. To jest niesamowite uczucie, kiedy jest się w górach i wokół nie ma żadnych ludzi. Dla mnie to była z jednej strony fascynacja, natomiast z drugiej – pewnego rodzaju eskapizm. Tak mi się wydaje po tych wielu latach. Bolało mnie to, co się dzieje na świecie, że jest tyle zła, przemocy, że ktoś dręczy zwierzęta, że gdzieś trwa wojna. Więc uciekałam w świat, gdzie tych problemów nie było. W momencie, kiedy stałam na górze, byłam tylko ja, świat, kosmos. Kładłam się i nad sobą miałam pełno gwiazd. Odcinałam się od wszystkiego. To była dla mnie taka emocjonalna ucieczka. 

A drugi powód, dla którego wybrałam pejzaż... Kiedy odkryłam, że chcę fotografować, to się wprost rzuciłam na książki i czytałam na ten temat, co się dało. Wtedy nie było jeszcze Internetu, nie było za bardzo szkół fotograficznych, więc żeby się czegoś nauczyć, czytałam, co mi wpadło w rękę, po polsku i po angielsku. Wiele z tych książek dotyczyło historii fotografii. Zorientowałam się, że jest bardzo mało – praktycznie w ogóle – barwnych zdjęć górskich. Nie mówię tu o pocztówkach: niebieskie niebo, zielone drzewka, czerwone kwiatki; mówię o zdjęciach, które nadają się do galerii. Wszystko było czarno-białe, a ja od samego początku widziałam w tym barwę. Tak jak wtedy to niebieskie niebo i biały księżyc. Ten kolor miał dla mnie znaczenie, był dodatkowym elementem, za pomocą którego mogłam przekazać emocje. Chciałam też pokazać, że można fotografować góry właśnie w ten sposób, że to nie musi być pocztówka, a mimo to da się gdzieś ten kolor zawrzeć. I te moje pierwsze zdjęcia były jednymi z pierwszych barwnych fotografii górskich, które wystawiano w galeriach. 

Poza tym na początku – teraz jest inaczej, jestem w innym miejscu – miałam problem, żeby robić zdjęcia obcym ludziom. Nie wiedziałam, jak się do tego zabrać. Podejść do człowieka, strzelić mu fleszem i co? Uciekać, nie uciekać? Zagadać na ulicy: „Cześć, chciałabym zrobić ci zdjęcie” czy fotografować z ukrycia? Nie miałam odwagi, żeby fotografować ludzi. Nie miałam odwagi chodzić po ulicach i robić street photo, między pijakami po imprezach, fotografować nieznajomych. Dlatego powiedziałam, że to z tchórzostwa, tak sobie zażartowałam troszkę. Góry były dla mnie przestrzenią bezpieczną; robiłam tam jakieś portrety, ale to były po prostu portrety znajomych. Wiedziałam, że nic mi nie grozi, mogłam odpocząć emocjonalnie, a z drugiej strony się tam realizowałam i nie musiałam przed nikim tłumaczyć. Byłam tylko ja i góry. 

Jaką funkcję pełni fotograf w dzisiejszym świecie?

Myślę, że ta funkcja się nie zmieniała. Nie ma większego znaczenia, czy jest to świat dzisiejszy, czy było to sto lat temu. Jedni są dokumentalistami i po prostu rejestrują to, co jest wokół nas. Inni próbują przekazać swoje uczucia i to, co się dzieje w człowieku. Taki twórca próbuje zarazić nas pewnymi emocjami: złością, smutkiem, może radością. Jest funkcja fotoreporterska, która ma za zadanie informować. Ma nami potrząsnąć po to, abyśmy zmienili świat. Ja wierzę w to, że fotografia może zmienić świat. Oczywiście nie cały od razu, ale uświadamia nam ona wiele rzeczy. Gdyby nie było obrazów, mniej rzeczy by nas dotykało, mniej powstałoby ruchów społecznych. Co innego jest napisać o pewnym wydarzeniu, a co innego jest to zobaczyć. Słowo pisane każdy wyobrazi sobie tak, żeby nasz umysł mógł to znieść, żebyśmy nie przeżyli szoku, po którym będziemy leżeć i płakać. Dorosły wyobrazi sobie to inaczej, a dziecko inaczej. Obraz może przerastać nasze wyobrażenie na dany temat. Funkcją fotografa jest tutaj poruszenie nas, wywołanie wstrząsu, abyśmy jako społeczeństwo mogli podjąć konkretne działania. Myślę, że choć funkcja estetyczna fotografii też jest istotna, ta społeczna pozostaje najważniejsza. Nie ma jednak innego medium – oprócz filmu, który wywodzi się z fotografii – które odgrywa tak szczególną rolę.

Nie uważa Pani, że przez media typu Instagram to estetyka wysuwa się na pierwszy plan, jest bardziej pożądana? Istnieje teraz prosta droga do sławy – jeżeli robisz zdjęcia pod publikę, to zarobisz na tym pieniądze, bo tego chce społeczeństwo. 

Tak, zgadzam się z tym. Jest cały dział fotografii, który na tym bazuje. Treść też ma jednak znaczenie. Wiele zdjęć kiepskich estetycznie, ale za to epatujących na przykład przemocą, przykuwa nasz wzrok. Po przeanalizowaniu kolejno literatury, rzeźby, malarstwa itd., fotografia okazuje się medium najszerszym, najbardziej pojemnym. W rzeźbie na przykład nie ma już tyle komentarza społecznego, większą uwagę zwraca się tutaj na formę. W fotografii zawarte jest wszystko: treść, estetyka, forma, emocje, przesłanie społeczne. Poprzez media społecznościowe zyskała ona teraz kolejną funkcję, której wcześniej nie miała – komunikacyjną. Niejednokrotnie oszczędza bardzo wiele słów. Zatoczyło to pewne koło. Obraz pełnił funkcję komunikacyjną, kiedy byliśmy ludźmi pierwotnymi. Nie było pisma, więc malowano. Przeszliśmy przez słowo i znowu jesteśmy na etapie obrazu. To bardzo skraca i upraszcza naszą komunikację. Teraz, jeżeli nie ma cię na jakimś zdjęciu, to w ogóle nie istniejesz jako istota społeczna.

Skąd czerpie Pani inspiracje?

Teraz jestem na trochę innym etapie, ale początkowo było tak, że jeździłam szukać tego, co miałam w głowie. Inspirację czerpię zawsze z siebie, ze środka. Pejzaż traktowałam jako sposób na przekazanie emocji. Często gdy robiłam wystawy, i ludzie pytali mnie, gdzie zrobiłam jakieś zdjęcie. Szczerze mówiąc, mnie to nie interesuje. Ja pokazywałam zawsze pewne emocje, to, że jestem malutka wobec kosmosu czy innych problemów. To było dla mnie ważne, a nie miejsce i czas. Podobnie ludzie często pytają, dlaczego Tatry. Po prostu są najbliżej. Inspiracja pochodzi ze mnie, z tego, czego szukam jako człowiek. Po śmierci mojego męża jest trochę inaczej. Staram się bardziej wejść w fotografię społeczną. Czuję się w obowiązku nieść dalej pewien przekaz, próbuję przejąć pałeczkę. W pejzażu byłam skupiona na sobie, na moich emocjach. Tak mniej więcej od pół roku inspiracja pochodzi z zewnątrz. Zaczynam patrzeć na to, co wokół, i staram się to w pewien sposób komentować. Odważyłam się zahaczyć starszą kobietę na ulicy i w efekcie wylądowałam, fotografując ją w mieszkaniu. Ona zainteresowała mnie jako jednostka. Obserwuję to, co dzieje się z ludźmi, ich samotność, zagubienie. Staram się jednak nie wchodzić w temat przemocy. 

Co jeszcze jest dla Pani wyzwaniem w fotografii społecznej? 

Fotografując, mam jeszcze takie poczucie – trochę szamańskie – że multiplikuję jakąś rzecz. Gdy fotografowałam pejzaże, powielałam coś fajnego, ładnego, spokojnego. Multiplikowałam rzeczy przyjemne po to, aby ten świat stawał się lepszy i ładniejszy. Odkąd zajęłam się fotografią społeczną, jest to dla mnie bardzo trudne, bo muszę nawiązać kontakt z ludźmi. Kiedy rozmawiam z tą panią i widzę, jaka ona jest bardzo samotna, jak cierpi, czuję, że fotografując ją, multiplikuję samotność. Po fotografowaniu pejzaży byłam zawsze naenergetyzowana. Teraz, fotografując ludzi, którzy nie są już moimi przyjaciółmi, są dla mnie obcy, kończę absolutnie wydrenowana. Mam problem, co z tym zrobić. Jest to jednak pewien proces. Multiplikuję przecież coś, co nie jest do końca ładne. Nawet nie za bardzo chcę, żeby to dotyczyło mojego życia. Trzeba się z tym w jakiś sposób zmierzyć.

Inspiracja w każdej formie to cudowna rzecz, która jednak często przechodzi zupełnie niezrozumiana. Co w Pani mniemaniu dzieli artystę od przeciętnego fotografa?

Artysta robi dla siebie. Nie mówię tutaj o chowaniu swoich prac do szuflady, nie chodzi o jakieś grafomaństwo. Artysta doskonale wie, czego chce. Nawet jeżeli sto osób wokół mówi, że coś jest bez sensu, artysty to po prostu to nie ruszy. Jeżeli ktoś robi pewne rzeczy pod publikę, każda krytyka będzie go bolała. Ciągle będzie zmieniał styl, aby się przypodobać. To ślepa uliczka. Zawsze pojawi się ktoś, kto będzie miał zastrzeżenia. W momencie, kiedy się nagniemy, tracąc tę swoją cząstkę, lądujemy nigdzie. Kiedy zaczęłam fotografować pejzaże, było to bardzo krytykowane. Nie jest to przecież sztuka, bo sztuka ma kolor biało-czarny, takie zdjęcia wystawia się w galerii. Ja się jednak tego trzymałam, ponieważ tak czułam. Często kiedy fotografowałam jakieś drzewka w ciemności, mąż powtarzał mi, że przecież to nie ma sensu, jest zbyt późno i nic nie wyjdzie. Później okazywało się, że faktycznie coś tam dostrzegłam i wtedy przyznawał mi rację. Mnie było wszystko jedno. Nie chciałam być artystką i nie mówię tego, żeby udowodnić, że nią jestem. Robiłam to, bo było to dla mnie fajne. 

Wywiad ukazał się na łamach #9 magazynu Redakcji BB.

Fot: Redakcja BB

You Might Also Like

0 komentarze